O autorze
Od stycznia 2014 podróżujemy po Azji, a robimy to z dystansem, zarówno do siebie, jako „podróżników”, jak i do odwiedzanych miejsc oraz spotykanych po drodze ludzi. Prowadzimy bloga NasiGoreng.pl. W trakcie podróży uciekaliśmy Rosjanom w Wietnamie, a agencjom (także towarzyskim) w Laosie, szukaliśmy (z różnym szczęściem) perełek w Myanmarze, źle wybraliśmy czas na wyjazd do Kaszmiru, zakochaliśmy się w Nepalu i nie zakochaliśmy się w Indiach, dużo rozmawialiśmy o seksie w Iranie. Ciągle coś jemy (a jemy dużo). Często gadamy z napotkanymi ludźmi (już nie tylko o seksie), dzięki czemu cały czas dojrzewamy jako „podróżnicy”. W naTemat będziemy dzielić się tymi doświadczeniami oraz próbować inspirować do niezależnych podróży i odwiedzania ciekawych i mniej oczywistych miejsc.

Już nie ma dzikich plaż

Do Labuan Bajo - indonezyjskiego miasteczka położonego na wyspie Flores dotarliśmy samolotem po raz pierwszy kilka lat temu. Przywitał nas wtedy terminal przypominający większy dom jednorodzinny. Z samolotu wysiadało się mniej więcej jak z samochodu na parkingu przed hipermarketem. Bagaże zostały przyciągnięte przez „obsługę portu” na wózkach, po czym rzucone na specjalną ladę, z której zaskoczeni pasażerowie odbierali swoje pakunki. Hale przylotów i odlotów były… jedną halą, a w zasadzie troszkę większym pokojem. Z takiego lotniska do „centrum” poszliśmy pieszo, ot 15-minutowy spacer...

Tak było kiedyś

W owym "centrum" nadmorski bieda-dystrykt (zbite z desek i blachy falistej chaty stojące - ledwo! - na balach nad śmierdzącymi rynsztokami zalewanymi w czasie przypływu) od murowanej, bogatszej części miasteczka oddzielała droga, na której kiedyś był asfalt, a wtedy pozostawało po nim jedynie wspomnienie i kurz. Przy ulicy zalegały hałdy śmieci, w których buszowały tłuste szczury. Przerażająco brudne morze w porcie (czyli wokół drewnianego pomostu) w porze odpływu odsłaniało kolejne hałdy śmieci, głównie plastikowych toreb. Mieszkające tu dzieci puszczały w takiej scenerii kolorowe latawce, krzycząc do przerażonych wtedy takim widokiem białych turystów „helo bule” (bule to po indonezyjsku "biały"). Każda chata obowiązkowo miała antenę satelitarną – aspirowano najwyraźniej do lepszego życia.



No i powoli rzeczywiście coś się zmieniało. Miasteczko kiedyś głównie rybackie, wtedy odkryło już swój turystyczny potencjał i zaczynało z turystów czerpać profity. Co prawda na ulicach, przepraszam – na ulicy, królowały tradycyjne warungi albo wózki sprzedające nasi goreng (smażony ryż z warzywami i jajkiem), to tu i ówdzie widać było zachodnią knajpę o wiele obiecującej nazwie The Longue albo Hilltop.


Na turystów czekały też nieśmiało nieliczne agencje turystyczne organizujące fising trip (pisowania oryginalna). Mieściły się w tych chatach z desek i blachy falistej stojących akurat najbliżej głównej ulicy. Hotele nie świadczyły jeszcze dla gości usługi laundry, ale udało nam się znaleźć kobietę, z którą na migi dogadaliśmy się co do prania. W jedynym markecie w miasteczku (wyglądającym jak post-geesowski sklep spożywczo-wielobranżowy) królowały plastikowe miski i wafelki na wagę. Bezskutecznie próbowaliśmy kupić butelkę wina na zbliżające się urodziny współtowarzyszki podróży.

Ot zwykłe miasteczko indonezyjskie, do którego dopiero zaczynają przyjeżdżać bule.
Na migi dogadaliśmy się z rybakami w porcie i pojechaliśmy w ich przekonaniu na fising trip, a w naszym na rozeznanie terenu – chcieliśmy spędzić kilka dni na jednej z wysp położonych niepodal miasteczka i dzięki temu tripowi zdecydowaliśmy się na której.

Wybrana wyspa - Seraya - była spełnieniem marzeń umęczonej codzienną pracą za biurkiem duszy – piękna plaża, proste drewniane bungalowy stojące w zasadzie bezpośrednio na tej pięknej plaży upstrzonej plamami kokosowymi i ananasami. Łazienka otwarta na świat, zachwycająca rafa koralowa tuż przy brzegu. Cisza i spokój. Woda i prąd dostępne przez 3h na dobę, zasięgu komórek w ogóle nie było, o WiFi wtedy nikt jeszcze w zasadzie nie słyszał. Na niebie mnóstwo gwiazd i idealnie widoczna droga mleczna, w morzu święcący plankton, wokół nas świetliki…


Zarówno Seraya, jak i Labuan Bajo urzekły nas swoją autentyczną prostotą i zostały w naszych głowach na długo jako punkt odniesienia dla kolejnych wysp i miasteczek.

Dzisiaj

Na lotnisku przywitał nas nowy duży terminal ze szkła i stali (obsługę ciągnącą wózki z bagażami i rzucającą je na ladę zastąpiły maszyny i automatyka).

Po bieda-dystrykcie nie było już śladu. Część została wyburzona pod budowę nowego portu, a ostatnie drewniane chaty zmieniały się w murowane domy.

Główna wyasfaltowana i w miarę czysta ulica obładowana była agencjami, które po hipstersku na ciemnych tablicach kolorową kredą wypisywały najbliższe trips, na które we need more people . Poza agencjami świetnie miały się liczne szkoły nurkowania, organizujące bloody fun liveaboard cruises. Dawni pionierzy, czyli pierwsze zachodnie knajpy, stały się parodią samych siebie, dobudowawszy kolejne piętra i półpiętra, skybary, suity, rooftopy… Nic dziwnego, w końcu wokół nich wykwitły nowe La Cuccina Italiana, European Bakery i im podobne.

Ostatnie tradycyjne warungi wstydliwie przestały rzucać się w oczy, albo przyjęły zachodniobrzmiące nazwy. W porcie rybak niezłym angielskim próbuje wcisnąć nam snorkeling trip i proponuje różne trasy, także w opcji multidays. W licznych marketach wino i bintangi (indonezyjskie piwo) wyparły wafelki na wagę i chińską tandetę. Jeden sklep ma nawet promocję – albo zupełnie nietrafioną, albo niestety zaskakująco trafioną – kup 11 butelek wina, dwunastą dostaniesz gratis...

Pani, która robiła nam pranie, ma teraz Laundry Point & Snorkelling Equipment Rental. Nikt już nie woła helo bule, za to dzieci wyciągają rękę, żądając mister mani mani. Mieszkańcy niepracujący w biznesie turystycznym unikają z nami kontaktu wzrokowego.

A nasza ulubiona wyspa zamknięta. Przerabiana jest właśnie na resort w typie hotel & spa… Woda ma być i prąd, i WiFi, i trzy razy więcej bungalowów. Oczywiście będzie też trzy razy drożej.

***

Między wizytami minęło jedynie kilka lat. Nie wiemy co myśleć. Z jednej strony cieszy, że mieszkańcom pewnie żyje się lepiej (co widać chociażby po pani od prania), jest czyściej – zarówno na ulicach, jak i w porcie. Z drugiej strony razi utrata autentyczności i masowa komercjalizacja. Urok tych miejsc wyparował. Na pewno dla nas, bo znamy te miejsca sprzed kilku lat. Dla tych, którzy widzą je po raz pierwszy pewnie jest to po prostu kolejna balijska Kuta czy kambodżańskie Sikhanoukville, jeszcze w fazie tworzenia.

I coś się w nas burzy, bo przecież pomiędzy tymi ekstremami (biedne zakurzone Labuan Bajo sprzed kilku lat i skomercjalizowana dostatnia ale pozbawiona wdzięku Kuta na Bali) jest jednak alternatywna droga. A przeraża to, że nowe Labuan Bajo powstaje niestety dla naszych – turystów / podróżników / backpackerów – wygód…

***

Jeśli chcesz dowiedzieć się, które miejsca w Indonezji i innych azjatyckich krajach zachwyciły nas swoją autentycznością, to wejdź na bloga NasiGoreng.pl

Jeśli chcesz być na bieżąco z naszymi podróżami, to polub nas na Facebooku.
Trwa ładowanie komentarzy...